Czasami jestem suką. Nie na zasadzie: kurczę, dzisiaj byłam trochę nie miła. Suką po całości, suką jak się patrzy, jędzą nie do zniesienia. Zdarzają mi się takie dni i czuje wtedy że mogłabym zniszczyć wszystkich i wszystko.

Przez większość czasu staram się jednak być miła dla wszystkich, nie osądzać pochopnie, miło się uśmiechać, dawać drugie szanse, być dla innych stuprocentową esencją empatii. Nie mówię, że mi się udaje, pewnie nawet częściej ponoszę porażkę, ale naprawdę się staram.

Różnica pomiędzy tymi dwoma 'ja' jest prosta. Pierwsza robi co chce i czuje władzę gdy uśmiecha się krzywo gdy komuś coś nie wyjdzie, ale w kącikach oczu zbierają jej się łzy irytacji i wkurzenia. Druga czasami przymusza się do niektórych rzeczy, ale czuje, że postępuje właściwie. Ta druga wersja mnie uśmiecha się do siebie w lustrze od niechcenia - druga ja lubi siebie.

Ostatnio jednak balansuję gdzieś pomiędzy nimi. Staram się być miła, współczująca, kochająca, ale czasami gdy się zapominam uśmiech schodzi mi z twarzy i muszę naprawdę się zmusić, żeby go tam przywrócić. Ta rozedrgana, balansująca, niepewna ja nie uśmiecha się do siebie w odbiciu. Kręci lekko głową w niedowierzaniu albo po prostu odwraca wzrok.

Komentarze